Głos Ziemi Urzędowskiej 2010



Marian Surdacki

Chociaż odeszli, lecz we mnie są. Wspomnienie o prof. Gabriele De Rosa

Moment narodzin, będący zawsze wielką tajemnicą, rozpoczyna przed każdym z nas okres nieznanej ziemskiej wędrówki, zawsze ograniczonej w czasie, lecz nigdy z góry niemożliwej do określenia i przewidzenia co do długości jej trwania. Wprawdzie są pewne niezależne od nas uwarunkowania w istotny sposób determinujące nasze przyszłe życie, takie jak: zdrowie, wrodzone zdolności, środowisko społeczne czy zamożność rodziców, to jednak rodzimy się mimo wszystko jako nie zapełniona „biała karta”, na której wpisywana później treść zależy od nas samych, determinacji, pracowitości, ale i obiektywnych czynników, łutu szczęścia, czy napotkanych na naszej drodze osób. Te ostatnie mogą mieć zarówno destrukcyjny, jak i kreatywny wpływ na życie człowieka, zwłaszcza w młodym wieku, kiedy poszukuje się właściwych wzorców i mądrych rad przy podejmowaniu różnych decyzji. Gdy spotkamy ludzi, którzy odcisnęli wyraziste, pozytywne piętno w naszym życiu, rozwoju osobowym czy pozytywnie pojętej karierze, mówimy o nich jako o autorytetach, wychowawcach, a chyba najtrafniej – mistrzach.

Pisząc te refleksje z perspektywy człowieka ponadpięćdziesięcioletniego, który subiektywnie coś już osiągnął, chcę wyrazić wdzięczność losowi za to, że postawił na mojej drodze i pozwolił mi poznać wielu wspaniałych, wybitnych ludzi, wśród nich wielkich, niepowtarzalnych mistrzów. Było ich kilku, lecz dwóch z nich przez trzydzieści lub więcej lat w sposób nadzwyczajny towarzyszyło mi w życiu zawodowym i osobistym, kształtowało moją formację intelektualną i karierę naukowo-badawczą. Niestety, ostatnio obaj odeszli do wieczności w tym samym niemal czasie, tworząc u mnie pewien rodzaj pustki i sieroctwa duchowego. Jednym z nich był śp. prof. Stanisław Litak (1932–2010)1, drugim śp. prof. Gabriele De Rosa (1922–2009). Z nimi związane są początki i wszystkie dalsze etapy mojego rozwoju naukowego, począwszy od magisterium z historii w 1980 r. po najwyższy i ostatni w hierarchii uniwersyteckiej i naukowej tytuł oraz stanowisko profesora zwyczajnego. Nie sposób mi sobie wyobrazić, jak wyglądałby obecnie mój życiorys, gdybym w określonym momencie z oboma się nie zetknął? Głęboko wierzę, że spotkanie z nimi nie było przypadkiem i to niezgłębione plany i wyroki Opatrzności wyreżyserowały tak piękny scenariusz, pozwalając mi przez większość życia korzystać z ich mądrości, życzliwości, wsparcia, subtelnej opieki i przyjaźni. A może tak jest, że ludzie o pewnych przypadłościach wzajemnie się szukają i są na siebie skazani?

Bo choć byli to Mistrzowie ode mnie starsi o jedno lub prawie dwa pokolenia, to oprócz wielkiego obopólnego szacunku i zrozumienia, w ostatnich latach ich życia połączyły nas więzi autentycznej przyjaźni. Oni obaj już odeszli, lecz we mnie nadal są i będą. Nie mogę i nie potrafię ich zapomnieć; dali mi tyle dobroci, sympatii, doświadczenia, mądrości życiowej, braterskiej miłości i przyjaźni, nieprzemijalnych wartości i cennych wskazówek, że do końca moich chwil będę mógł dzielić się tym co od nich otrzymałem. Na obecnym etapie życia sam jestem wychowawcą, promotorem pewnej grupy młodych naukowców, więc w jakimś sensie tym kim byli dla mnie opisywani Profesorowie, i muszę powiedzieć, że zawsze, niejako podświadomie staram się wykorzystywać wzorce i wartości moich zmarłych Mistrzów we współpracy ze studentami i młodymi adeptami nauki.

*

Wiosną 1980 r., przed obroną pracy dyplomowej, będąc w mieszkaniu mojego promotora pracy magisterskiej prof. Stanisława Litaka na ul. Irydiona 6/17 w Lublinie, zwierzyłem mu się, że mój kolega ze wspólnego seminarium Józef Lewicki, przebywający na rocznym stażu naukowym w Paryżu, zaprosił mnie do Francji. Wtedy profesor zapytał wprost, czy ja również chciałbym wyjechać na takie stypendium. Było to dla mnie tak wielkim zaskoczeniem i szokiem, że nie zastanawiając się odpowiedziałem twierdząco. Decyzję podjąłem spontanicznie, nie zważając na słabą znajomość języka francuskiego. Pomyślałem: jestem młody, może więc dam sobie radę i nie zginę w nieznanym, innym, niedostępnym dla normalnego Polaka świecie. Po krótkim czasie, profesor powiedział, abym przygotował dwa podania o stypendium, jedno do Paryża i na wszelki wypadek drugie do Rzymu. Zaznaczył jednak, ze szanse na wyjazd do Włoch, w porównaniu do Francji, są minimalne. Po obronie pracy magisterskiej 20 czerwca 1980 r., w połowie lipca odbył się egzamin – konkurs, w wyniku którego otrzymałem czteroletnie stypendium doktoranckie. O złożonej propozycji wyjazdu zagranicznego, jako mało realnego, niejako zapomniałem, pozorując tylko naukę języka francuskiego.

Całe wakacje spędziłem na pracy zarobkowej przy budowie frontonu KUL-u oraz pomagając, jak co roku, rodzicom przy żniwach. Wielkie było moje zaskoczenie, gdy pod koniec sierpnia otrzymałem decyzję o przyznaniu mi rocznego stypendium we Włoszech, na które miałem stawić się w końcu października. Nie znałem ani jednego słowa po włosku, zacząłem więc próbę nauki podstaw tego języka, resztę czasu poświęciłem na załatwianie paszportu i wizy włoskiej. Mój pobyt we Włoszech miał składać się z intensywnego, dwumiesięcznego kursu nauki języka włoskiego na Uniwersytecie dla Cudzoziemców w Perugii (Università Italiana per Stranieri) oraz stażu naukowego na Uniwersytecie Sapienza w Rzymie pod przewodnictwem prof. Gabriele De Rosa. Ostatecznie do Wiecznego Miasta przyleciałem samolotem w dniu 27 października. Z lotniska taksówką udałem się pod wskazany adres Centro Incontri e Studi Europei (Centrum Studiów i Spotkań Europejskich) przy Via Anicia 12. Nie zastałem jednak na miejscu fundatorki stypendium i prezesa czy prezydenta wymienionej instytucji pani Wandy Gawrońskiej, siostrzenicy błogosławionego Pier Giorgia Frassatiego. Oczekując w bibliotece Centro na jej przybycie, zauważyłem na biurku krótki otwarty list z moim nazwiskiem i imieniem od profesora Jerzego Kłoczowskiego z KUL-u do pani Gawrońskiej. Jego treść, gdy chodzi o sens, brzmiała mniej więcej tak: „Droga Wando. Skierowaliśmy tu do Rzymu młodego, dobrze zapowiadającego się historyka. Jeśli możesz, to postaraj się dla niego o dobry staż na uniwersytecie, może najlepiej u prof. Gabriele De Rosa. Pozdrawiam. Jerzy”. Profesor Kłoczowski, którego doskonale znałem z bardzo dobrze zdanych u niego egzaminów i który kwalifikował mnie na wspomniane stypendium doktoranckie, jest znanym historykiem, posiadającym wszechstronne kontakty naukowe w Europie. Żyjący do dzisiaj, bez prawej ręki straconej w powstaniu warszawskim, prof. Kłoczowski, to Wielka Postać i kolejny Mistrz, który w ewidentny sposób odcisnął pozytywne piętno w mojej biografii, nie tylko naukowej (o czym kiedyś napiszę).

Po kilku dniach pobytu adaptacyjnego w Rzymie pojechałem pociągiem do Perugii, gdzie odbyłem bardzo efektywny kurs nauki języka włoskiego. Mieszkając u Włochów i przebywając wśród cudzoziemców na tyle skutecznie nauczyłem się nowej mowy, że po powrocie do Rzymu mogłem w miarę swobodnie korespondować z przyjaciółmi poznanymi w Perugii i porozumiewać się z włoskimi znajomymi, których z dnia na dzień przybywało. W Rzymie zamieszkałem w pięknym mieszkaniu siostry Wandy Gawrońskiej – Giovanny Gillardini w centrum miasta przy Vicolo del Mal Passo koło Piazza di Fiori. Często spotykałem się tam z siostrą Pier Giorgia Frassatiego, Lucianą Frassati-Gawrońską.

Pierwsza próba poznania prof. Gabriele de Rosa okazała się dla mnie niefortunna. W związku z tym, że we Włoszech do Trzech Króli nie funkcjonują w praktyce wszystkie ważniejsze instytucje, szczególnie naukowe, spotkanie z Profesorem zorganizowano mi chyba 7 czy 8 stycznia. Nie wiem jak to się stało i czyja to była wina, ale w umówionym czasie do spotkania nie doszło. Nie pamiętam dokładnie, wydaje mi się, że nie zostałem o nim dobrze poinformowany i, zamiast do Instytutu Luigi Sturzo przy Via delle Copelle 35, gdzie byłem umówiony ze swoim naukowym opiekunem, poszedłem zwiedzać Wieczne Miasto. Gdy dowiedziałem się o tym nieporozumieniu, wpadłem w zakłopotanie, lecz zupełnie niepotrzebnie. Profesor, nie robiąc żadnego problemu, wyznaczył mi inny termin spotkania, chyba nazajutrz lub dwa, trzy dni później. We wspaniałych monumentalnych pomieszczeniach instytutu, którego Profesor od niepamiętnych czasów, aż do śmierci w 2009 r. był prezydentem, zostałem przyjęty nadzwyczaj przyjaźnie. Profesor Gabriele De Rosa, gdy tylko wszedł i przywitał się, zrobił na mnie wielkie wrażenie. Zobaczyłem człowieka dostojnego, nobliwego, wielkiego arystokratę, którym zresztą był z urodzenia. Biła od niego jakaś monumentalność, a we mnie powstało uczucie fascynacji. Od razu nabrałem do niego wielkiego szacunku, ale też zaufania, którym, jak wyczułem, wzajemnie mnie obdarzył. Czułem, że po pierwszej wymianie zdań, pomimo bariery językowej, rozumieliśmy się doskonale i już wtedy zdobyłem Jego trwającą aż do śmierci sympatię i względy. Z mojej perspektywy odebrałem go jako człowieka zaawansowanego wiekiem. Podpierał się laską, wyraźnie kulejąc na jedną nogę, co było skutkiem ciężkiego wypadku samochodowego. Laska ta towarzyszyła mu zawsze w czasie naszych niezliczonych spotkań do końca życia.

W czasie pierwszego spotkania zostałem obdarowany serią kilkunastu naukowych książek włoskich z zakresu historii społecznej, opublikowanych w kierowanym przez niego wydawnictwie Edizioni di Storia e Letteratura, a także kilkoma egzemplarzami czasopisma „Ricerche di storia sociale e religiosa”, również redagowanego przez Profesora. W tym ostatnim sam opublikowałem w późniejszym czasie kilka swoich artykułów. Profesor był również wykładowcą na największym i najstarszym uniwersytecie rzymskim Sapienza. Przejmując nade mną opiekę naukową zaproponował mi uczestniczenie w prowadzonych przez siebie na Wydziale Nauk Politycznych wykładach i seminarium. Trwały one od stycznia do końca czerwca 1981 r. Na swoje zajęcia zapraszał także swoich naukowych współpracowników. Szczególnie pamiętam wykłady księdza Vincenzo Paglia, wybitnego badacza bractw religijnych, wieloletniego proboszcza parafii i kościoła Santa Maria Intrastevere, w którym pochowany jest kardynał Stanisław Hozjusz. Don Vincenzo, z którym bardzo się zaprzyjaźniłem i który również wiele mi pomógł, od blisko dziesięciu lat jest biskupem. Na seminarium i wykładach poznałem też asystenta Lucio Brunelli i jego przyszłą żonę Paolę, niestety już od ponad dziesięciu lat nieżyjącą. Lucio z czasem zerwał z karierą naukową, zaangażowany w ruch religijno-społeczny Communione e Liberazione, stał się znanym dziennikarzem gazety „La Stampa” i innych gazet, piszącym dużo o sprawach polskich. Jego rodzinne, skromne mieszkanie przy Via Paolina, koło bazyliki Santa Maria Maggiore stało się dla mnie niejako drugim domem, w którym zawsze przyjmowany i goszczony byłem z radością. Tuż przy jego mieszkaniu istniała mensa dla studentów z Communione e Liberazione, w której dzięki wspomnianym przyjaciołom mogłem się za symboliczny grosz stołować w czasie następnych pobytów w Rzymie (w latach 1988–1989).

Niestety szczegóły uczestnictwa w zajęciach uniwersyteckich Profesora Gabriele De Rosa jakoś zatarły mi się w pamięci. Nie zrobiły one na mnie jakiegoś nadzwyczajnego wrażenia, a ze względu na tematykę dotyczącą historii społecznej były bardzo podobne do tych ze studiów w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Niemniej jednak do dzisiaj pamiętam treść niektórych wykładów. Największym osiągnięciem i wartością z tamtego okresu było nawiązanie kontaktów naukowych i przyjaźni, które okazały się ważne w następnych latach i owocują do dziś. Poznanie wybitnego uczonego włoskiego było dla mnie powodem do dumy, a w przyszłości otwierało mi drzwi do wielu instytucji i środowisk, szczególnie w Italii. Prof. Gabriele De Rosa to bezsprzecznie jeden z największych autorytetów w dziedzinie badań historycznych we Włoszech, były poseł, później senator Republiki, kierujący Instytutem Luigi Sturzo (socjologia, politologia, historia), który we włoskim świecie nauki odgrywał przez pięćdziesiąt lat bardzo ważną rolę.

Po powrocie jesienią 1981 r. do kraju, zostałem zatrudniony na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim jako asystent i jednocześnie rozpocząłem pracę nad doktoratem z historii opieki społecznej w Polsce przedrozbiorowej. Podjęty temat wyraźnie nawiązywał do nurtu badań i zainteresowań mojego włoskiego Profesora, z którym kontakty przez następnych pięć lat ograniczały się jedynie do kilku wysłanych do niego kartek. Jego osobowość na tyle mnie jednak fascynowała, że swojemu synowi, urodzonemu w 1986 r. nadałem imię Gabriel.

Profesor De Rosa kochał Polskę i miał słabość do Polaków. Gdy w październiku 1978 r. na Stolicę Piotrową wybrano jako Jana Pawła II naszego rodaka Karola Wojtyłę, w kierowanym przez niego Instytucie zorganizowano wielką fetę przy udziale przedstawicieli mieszkających w Rzymie Polaków. Z szacunku i podziwu do naszego kraju w 1983 czy 1984 r. przy swym instytucie zainicjował Historyczną Szkołę Polską w Rzymie (Scuola Storica Polacca dell’Istituto Sturzo di Roma). Kierował nią dwunastoosobowy komitet złożony z wybitnych włoskich profesorów i jednego Francuza (historyków, literaturoznawców, politologów), na którego czele jako prezydent stanął sam prof. Gabriele De Rosa. Po stronie polskiej istniał analogiczny komitet, w skład którego wchodził m.in. prof. Aleksander Gieysztor, prof. Jan Błoński, prof. Jerzy Kłoczowski, czy prof. Wiesław Müller. Na drodze ogólnopolskiego konkursu szkoła przyznawała dwuroczne stypendia naukowe w Rzymie dla trzech polskich badaczy z: historii, politologii i historii sztuki. Warunkiem starania się o stypendium było posiadanie doktoratu i wiek poniżej 32 lat. Z uwagi na zdobyte wcześniej włoskie doświadczenia, po cichu marzyłem o tym stypendium, tym bardziej, że doktorat miałem na ukończeniu.

Widocznie marzenia się spełniają, bo jesienią 1985 r. prof. Wiesław Müller powiedział „Panie Marianie, niech teraz pan się szykuje, tylko proszę pomyśleć nad odpowiednim tematem, który strona włoska mogłaby zaakceptować”. Nie myśląc długo, złożyłem wniosek o trzymiesięczny wyjazd na stypendium do Włoch w celu „podciągnięcia” języka2. I tak jesienią 1986 r. wyjechałem ponownie na Uniwersytet Włoski dla Cudzoziemców. Przed wyjazdem na naukę języka zatrzymałem się kilkanaście dni w Rzymie. Umówiłem się wtedy z prof. Gabriele De Rosa. Powiedziałem, że zajmuję się historią opieki społecznej w Polsce i, nie zdradzając marzeń o stypendium, wspomniałem, że chciałbym się zająć kiedyś podobną problematyką we Włoszech. Ten, pomyślawszy chwilę, zdecydowanie zasugerował mi największą instytucję charytatywną w dawnym świecie chrześcijańskim – Szpital Świętego Ducha w Rzymie. Wydawać by się mogło nieprawdopodobne, ale identyczne podpowiedzi usłyszałem w oddzielnie odbytych konsultacjach od prof. Mario Rosa oraz od prof. Francesco Malgeri lub Don Vincenzo Paglia (nie pamiętam, z którym o tym rozmawiałem). I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie. Po tych spotkaniach spędziłem około dziesięciu dni we Włoskim Archiwum Państwowym (Archivio di Stato di Roma), gdzie sondażowo zapoznałem się z materiałami do zasugerowanego mi tematu przyszłej pracy habilitacyjnej.

Wróciwszy do Polski, jako kandydat na stypendium Scuoli, opracowałem projekt badawczy, który zarówno przez stronę polską, jak i później włoską został zaakceptowany. Prawdopodobnie decydujące zdanie przy pozytywnej decyzji o przyznaniu mi dwuletniego stypendium we Włoszech miał prof. Gabriele De Rosa. Oprócz mnie na wyjazd zostali zakwalifikowani: dr Marek Żyromski z Uniwersytetu Poznańskiego oraz ktoś z Krakowa. Z nieznanych mi powodów tego ostatniego zastąpił w ostatniej chwili pewien doktor historii sztuki3. Do Rzymu przybyliśmy każdy oddzielnie w końcu lutego 1988 r. (ja dokładnie 27 lutego). Z uwagi na wcześniejsze doświadczenia cały ciężar urządzenia kolegów w Wiecznym Mieście spadł na moje barki. Mnie już dużo wcześniej lokum w Centro zaoferowała pani Wanda Gawrońska. Moi towarzysze „przykleili się” jednak do mnie, tak więc pani Wanda tolerowała przez jakiś czas ich obecność i nasze wspólne u niej zamieszkiwanie. Po jakimś czasie musieli jednak znaleźć sobie inne kwatery.

Już na samym początku prof. Gabriele De Rosa odbył z nami rozmowę w Instytucie Luigi Sturzo, przydzielając każdemu z nas opiekuna naukowego, z którym na bieżąco mieliśmy konsultować przebieg prac archiwalno-bibliotecznych. Moim protektorem został wspomniany wcześniej znawca historii nowożytnej prof. Mario Rosa, z którym współpracowało mi się doskonale. W każdym momencie mogłem też liczyć na pomoc i życzliwą radę prof. Gabriele De Rosa, m.in. przy skomplikowanej procedurze ściągnięcia do Włoch żony i dwójki dzieci. Ostatecznie dołączyli do mnie po sześciu miesiącach, we wrześniu 1988 r. Odtąd przez rok wynajmowaliśmy mieszkanie w klasztorze trynitarzy w przepięknej podrzymskiej miejscowości Palestrina.

Na marginesie chciałbym przytoczyć zabawną sytuację, która zdarzyła się podczas inkasowania pierwszej raty stypendium. Wypłatą zajmował się starszy pan, nazywający się wcale nie po włosku Ughi (Ugi). Gdy wyczytał nazwisko Surdaki (Włoch litery „c” nie wymawia) i zobaczył moją twarz, bardzo zdziwiony europejską fizjonomią, z niedowierzaniem pytająco stwierdził: „Ależ przecież pan nie jest Japończykiem?”. Dla niego nazwisko wymawiane jako Surdaki było typowo japońskie, jak wiele podobnych w Kraju Kwitnącej Wiśni: Suzuki, Miyaki. Biorąc mnie za Japończyka z nazwiska, miał prawo tak zareagować, bowiem wśród gości i stypendystów Instytutu Luigi Sturzo znajdowali się także przybysze z Azji.

Co trzy miesiące w siedzibie Instytutu dwunastoosobowy włoski komitet z prof. G. De Rosa na czele organizował każdemu z nas z osobna swego rodzaju godzinny egzamin w celu oceny naszej pracy. Trochę niezręcznie mi pisać, ale opinie o mnie były zawsze wzorowe. Profesor poprosił mnie o dyskretną pomoc moim kolegom w nawiązywaniu kontaktów i poruszaniu się po instytucjach naukowych Rzymu. Miałem świadomość, że jestem w sytuacji uprzywilejowanej, z uwagi na wcześniejsze doświadczenia zdobyte we Włoszech. Dla Profesora G. De Rosa stałem się nawet swego rodzaju mężem zaufania, którego radził się jak pomóc i jak postąpić z nie radzącym sobie w czasie stypendium kolegą. Kiedy rozpatrywano kandydatury naszych następców na analogiczny przyjazd do Rzymu, Profesor konsultował ze mną ich kandydatury, muszę przyznać, że jedna z nich została przeforsowana dzięki mojej opinii. Przychylność dla mnie w Instytucie była tak duża, że umożliwiono mi darmowe kserowanie przynajmniej kilkudziesięciu książek i wielu tomów źródeł. Miałem tam wielu przyjaciół na czele z sekretarzem generalnym Instytutu, a obecnie jego prezydentem Flavią Nardelli.

W końcowej fazie stypendium zrobiono nam generalne podsumowanie łącznie z oceną pisemną, wysyłaną do władz macierzystych uczelni. Niestety, dla jednego z moich kolegów była ona negatywna, w wyniku czego po powrocie do Polski stracił pracę na uniwersytecie. Mnie natomiast Profesor De Rosa zapytał czy miałbym jeszcze potrzebę dokończenia jakichś kwerend. Gdy przytaknąłem, bez wahania przedłużył mi stypendium na kolejne cztery miesiące, co nie zdarzyło się nigdy w okresie kilkunastoletniej działalności Historycznej Szkoły Polskiej w Rzymie. Proponował mi jeszcze dłuższy pobyt, lecz z uwagi na koniec urlopu i konieczność powrotu do pracy w Polsce (w lutym 1990 r.), z oferty tej nie mogłem skorzystać. Przed wyjazdem do Polski prof. De Rosa wydał mi certyfikat z bardzo dobrą opinią o pobycie na stypendium, co ułatwiało mi załatwianie wielu spraw związanych między innymi z moimi publikacjami we Włoszech. Ponadto obiecał mi pomoc w staraniach o wydanie w przyszłości pracy we Włoszech.

Jako ciekawostkę, która znów wygląda na zrządzenie losu, mogę podać, że przez dwa lata stypendium pracowałem w Archivio di Stato di Roma, które mieści się dokładnie w budynku średniowiecznego Uniwersytetu Sapienza, nieopodal Panteonu i Piazza Navona. Obecny kompleks budynków tego uniwersytetu, na którym osiem lat wcześniej pogłębiałem studia historyczne, zlokalizowany jest na obrzeżach Rzymu. Tak czy inaczej trzy lata mojego życia naukowego związane było ze słynną rzymską Sapienzą, po polsku oznaczającą mądrość.

W trakcie stypendium, na początku lipca 1988 r. pani Wanda Gawrońska, założycielka Associazione Pier Giorgio Frassati przy Centro Incontri e Studi Europei, wraz prof. Gabriele De Rosa i jego Instytutem Luigi Sturzo ufundowali około dwutygodniowy objazd po północnych i środkowych Włoszech dla doktorantów prof. Jerzego Kłoczowskiego i grupy działaczy niepodległościowo-solidarnościowych z całej Polski. W tym gronie znajdowało się wiele osób pełniących później ważne funkcje w Polsce postkomunistycznej, m.in. obecny minister Michał Boni. Pani Wanda zaproponowała mi dołączenie do tej grupy, co też uczyniłem, przyjeżdżając z Rzymu do Wenecji. Kulminacyjnym punktem tej eskapady w dużym stopniu turystycznej były kilkudniowe wykłady dla uczestników wycieczki w pięknym Bergamo blisko Mediolanu, które zorganizował i w głównej mierze prowadził mój znajomy włoski „protektor” prof. Gabriele De Rosa. Byłem dumny, że mogłem się pochwalić znajomością z nim, a zwłaszcza, gdy prosił mnie o uwagi czy komentarze do prelekcji. Wspomnę tylko, że w czasie tego objazdu zwiedziliśmy Wenecję, Mantuę, Mediolan, Turyn, Pizę, Florencję, ale też wiele mniejszych włoskich „perełek”: Sotto il Ponte (rodzinną miejscowość papieża Jana XXIII i jego bardzo ubogą chatę), Oropę – sanktuarium Matki Boskiej w Alpach, czy rodzinną miejscowość i willę Pier Giorgia Frassatiego w Pollone pod Alpami. W tej właśnie willi mieszkałem wspólnie z siostrą błogosławionego Piotra Jerzego, Lucianą, przez dwa miesiące w lipcu i wrześniu 1981 r. (temat do odrębnych wspomnień).

Kierowany przez prof. Gabriele De Rosa Instytut Luigi Sturzo powstał zasadniczo w celu upamiętnienia postaci swego patrona i prowadzenia badań nad jego ideologią, nauką i pisarską spuścizną. Luigi Sturzo, właściwie Luigi Bascarelli (1871–1959), włoski duchowny, działacz społeczny i polityk katolicki, był organizatorem i założycielem wielu stowarzyszeń i dzienników katolickich, w latach 1915–1917 sekretarzem generalnym Akcji Katolickiej, współzałożycielem i sekretarzem Włoskiej Partii Ludowej. Jako przeciwnik faszyzmu, w latach 1924–1946 przebywał na emigracji. Po powrocie do kraju kontynuował działalność społeczną i publicystyczną, polemizował z modelem państwa–przedsiębiorcy, opowiadając się za autonomią organów lokalnych. Od 1953 r. został dożywotnim senatorem. Był autorem wielu prac o tematyce społeczno-politycznej, m.in. książki Italy and Fascism (Włochy i faszyzm). Niewątpliwie prof. Gabriele De Rosa pozostawał pod wpływem Don Luigi Sturzo. Do momentu rozwiązania Chrześcijańskiej Demokracji we Włoszech był zwolennikiem tej partii i przyjacielem wielokrotnego premiera Giulio Andreottiego. Profesor pozostawił po sobie ogromną spuściznę naukowo-pisarską i wiele inicjatyw, jak: instytuty, wydawnictwa i, co ważniejsze, wyrazistą formację intelektualno-duchową i właściwą sobie ideologię. Jestem przekonany, że tak jak w wypadku Luigi Sturzo jego życie i działalność stanie się przedmiotem niekończących się studiów.

Po odbyciu dwuletniego stypendium moja oficjalna i urzędowa współpraca z prof. Gabriele De Rosa w zasadzie się zakończyła, jednak nieformalne kontakty trwały nadal. W latach 1991–2000 przeciętnie dwa razy w roku odwiedzałem go przy okazji prywatnych wyjazdów do Rzymu, jak i podczas pobytu na stypendiach Fundacji Lanckorońskich. Rezultatem spotkań było opublikowanie przeze mnie kilkunastu artykułów w czasopismach i wydawnictwach włoskich i jednej książki. Kilka z nich wydrukowano mi w periodykach kierowanych przez prof. De Rosę („Studium”, „Ricerche di storia sociale e religiosa”), inne w wydawnictwach przez niego rekomendowanych („Archivio della Società romana di storia patria”, „Dolentium Hominum. Chiesa e Salute nel Mondo”, „Il Veletro. Rivista della Civiltà Italiana”, „Medicina nei secoli”). Wszystkie włoskie publikacje były pokłosiem kwerend i badań patronowanych przez Instytut Sturzo i prof. Gabriele De Rosa. Powstały na bazie książki habilitacyjnej Dzieci porzucone w Szpitalu Świętego Ducha w Rzymie w XVIII wieku (1998), napisanej dzięki stypendium w Rzymie z lat 1988–1990. Jej promocja odbyła się w Stacji Naukowej PAN w Rzymie 28 kwietnia 1999 r. z udziałem trzech wybitnych historyków włoskich: prof. Girolamo Arnaldiego, dyrektora rzymskiego Instytutu Studiów nad Średniowieczem, prof. Gabriele De Rosa oraz prof. Francesco Malgeri (zob. „Głos” 2004). Padła wtedy propozycja opublikowania włoskiej wersji monografii, co nastąpiło w 2002 r. Książka, której przedmowę napisał prof. De Rosa, nosiła tytuł Il brefotrofio dell’Ospedale di Santo Spirito in Roma nel XVIII secolo.

Do chwili śmierci Profesora regularnie wymieniałem z nim korespondencję, z reguły świąteczną, ale nie tylko. Zwracałem się do niego w każdej ważniejszej sprawie, informowałem go też o swoich sukcesach, ale też i problemach. Gdy napisałem mu o tragicznej śmierci córki Marty, otrzymałem od niego nie tylko zwykłe wyrazy współczucia, ale głęboką refleksję, pełną życiowej mądrości. Nie zdarzyło się nigdy, aby kiedykolwiek nie odpowiedział na mój list czy kartkę. W korespondencji zawsze zwracał się do mnie Caro Surdacki (Drogi Surdacki), co odbierałem jako szczery znak zaufania i wyróżnienia. Treść Jego lisów, w większości kartek, nie była zbyt rozbudowana, lecz czułem w nich autentyczność i bliskość naszych relacji. Do dzisiaj przechowuję korespondencję mojego włoskiego Mistrza i Przyjaciela, bo tak właśnie go odbierałem, choć jak wspominałem, był ode mnie starszy o ponad trzydzieści lat.

Profesor Gabriele De Rosa wywarł niezatarte i niepowtarzalne piętno w moim życiu. Ale nie tylko ja tak wiele mu zawdzięczam. W stworzonej przez niego Historycznej Szkole Włosko-Polskiej doświadczenia i szlify naukowe zdobyło około dwudziestu młodych polskich badaczy. Prawie wszyscy są już teraz profesorami w różnych polskich ośrodkach uniwersyteckich. Dzięki niemu powstała spora grupa intelektualistów i uczonych rozwijających i kształtujących naszą naukę i kulturę. Miałem szczęście być jednym z nich, za co dziękuję losowi. To tacy ludzie, jak On sprawili, że ktoś urodzony w stojącej w lesie na skraju Bęczyna nędznej, ciasnej, krytej strzechą chacie, mógł wyjść ze swego skromnego, choć zarazem ukochanego, świata dzieciństwa i sporo w życiu poznać, zobaczyć i zrobić.

Profesor Gabriele De Rosa był dla mnie kimś wyjątkowym, więc składam mu hołd i wyrażam wdzięczność za to, że był, jest i nadal będzie w mojej świadomości. Niech spoczywa w Pokoju.

Spisano w marcu 2010 r.

Przypisy:

 1 O śp. Profesorze Litaku, autentycznym moim Mistrzu, Wychowawcy i Przyjacielu napiszę w przyszłym roku.

 2 Stypendium otrzymałem od Associazione Pier Giorgio Frassati – Amici della Università Cattolica di Lublino dzięki pani Wandzie Gawrońskiej, która była twórczynią i prezydentem tej fundacji.

 3 Personaliów nie wymieniam, aby nie naruszać jego dobrego imienia.



fot. Mistrz i uczeń – prof. Gabriele De Rosa i Marian Surdacki


fot. Spotkanie po prezentacji książki Mariana Surdackiego w Stacji Polskiej Akademii Nauk w Rzymie. Od prawej: prof. Krzysztof Żaboklicki, prof. Gabriele De Rosa, prof. Francesco Malgeri oraz autor


fot. Jeden z krótkich listów prof. Gabriele De Rosa zaczynający się od Caro Surdacki