Głos Ziemi Urzędowskiej 2010


Józef Baran

Moje pasje

Jak tylko sięgam pamięcią, już od wczesnego dzieciństwa bardzo interesował mnie otaczający świat. Wiele godzin potrafiłem zanudzać mamę i ojca pytaniami dotyczącymi otoczenia – bliższego i dalszego. Ponieważ wczesne dzieciństwo wypadło na połowę lat sześćdziesiątych i mieszkaliśmy daleko od cywilizacji, moją drogą do poznawania były coniedzielne wędrówki z mamą do kościoła. Dobrze pamiętam ks. Józefa Baranowskiego, który z trudem szedł do ołtarza, aby odprawiać liturgię mszy św. Ale mnie fascynował również wystrój kościoła. Ogromne obrazy, krzyże i rzeźby św. Mikołaja i św. Otylii. W myślach wychodziłem poza ramy obrazów, domyślając się cóż takiego może się kryć dalej. Po powrocie do domu porównywałem z naszymi, skromnymi wizerunkami Maryi i Jezusa.

Mama potrafiła wspaniale opowiadać! Znała wiele przypowieści związanych ze Świętą Rodziną. Opowiadała baśnie, legendy. Nie wiem, na ile były to jej własne improwizacje, a na ile opanowane pamięciowo opowiadania z bardzo starych książeczek. W każdym razie słuchałem tego wszystkiego z otwartą gębą! Zapominałem o całym Bożym świecie... Widziałem siebie obserwującego z bliska opowiadane zdarzenia, wcielałem się w postaci w nich występujące. Nie znałem wówczas radia ani telewizji. Mieszkaliśmy w prawdziwym miejscu, gdzie diabeł mówi „dobranoc” – czyli w tzw. dołach na końcu Zakościelnego, przy drodze prowadzącej do gajówki pod fabryką.

Elektryczność pojawiła się u nas dopiero pod koniec lat 60. ubiegłego wieku. Pierwsza była żarówka, która wyparła moją ulubioną lampę naftową, umieszczoną na framudze drzwi – dla oszczędności, pomiędzy pokojem a kuchnią. Następny zakup to radio „Tatry”. Wspaniały odbiornik lampowy! Stał się moim przyjacielem, ponieważ wychowywałem się jako jedynak. To były czasy! Do przedszkola nigdy nie chodziłem, ale za to przedszkole miałem w radiu. Codziennie, po godz. 9.00, była audycja dla najmłodszych. W ten sposób mama miała trochę wolnego ode mnie. Słuchowiska radiowe były dla mnie czymś, co do końca życia będę wspominał jako doskonałe warsztaty teatralne czy recytatorskie. Często to właśnie do nich wracam, opracowując z młodzieżą tekst do pokazania na scenie.

Radio znakomicie odbierało „Wolną Europę”. Sąsiedzi oddaleni o prawie kilometr i więcej schodzili się, aby posłuchać co naprawdę dzieje się w świecie. To uczyło mnie, jak wyglądała rzeczywistość ówczesnej Polski i że Gomółka nie miał racji. Bardzo często padały słowa: Katyń, Stalin, Piłsudski... Pamiętam, jak tato śpiewał: My, Pierwsza Brygada, której nijak nie można było usłyszeć w Polskim Radio.

Mijały kolejne lata. Zmiany następowały dookoła, również wokół mnie. Mama, na skutek różnych przeżyć, coraz bardziej traciła zdrowie. Pamiętam dobrze początek lat siedemdziesiątych i tzw. działkowanie, czyli scalenie gruntów w Urzędowie. Rodzice poczuli się bardzo skrzywdzeni wartością przydzielonych im działek. Tato w geście rozpaczy prowadził dwuletni strajk – nie uprawiał wyznaczonych mu działek pola. Pamiętam, jak był zastraszany wywłaszczeniem. Te zdarzenia znacznie wpłynęły na nasze dalsze życie. Rodzice mieli nawet w planie wyjazd z Urzędowa do rodziny w bydgoskie.

Pamiętam, że po pierwszych dwóch latach uczęszczania do szkoły w Rankowskim trafiłem do Urzędowa. Tu zaczęły się moje problemy. Coraz bardziej zamykałem się w sobie. Uciekałem w swój własny świat. Często byłem nierozumiany, również traktowany z lekceważeniem, wyśmiewany. Szkoła podstawowa była dla mnie naprawdę trudnym czasem. Jednak były też i dobre strony. Nauczyciele, których potrafiłem słuchać. Tu właśnie zaczęły się krystalizować różne moje pasje. Zacząłem zbierać znaczki, interesowało mnie gwiaździste niebo. Chociaż uczniem byłem bardzo przeciętnym, to najbardziej interesowały mnie przedmioty humanistyczne oraz geografia i historia. W dużym stopniu poszerzałem swoją wiedzę pozaszkolną, szukając odpowiedzi na pytanie „dlaczego?”.

W szkole średniej zacząłem nawet pisać wiersze. Nie były to jakieś górnolotne „dzieła”, ale zawsze stanowiły moją odskocznię od monotonii dnia codziennego. Później zainteresowała mnie interpretacja wierszy i prozy. Odkryłem, że można ten sam tekst powiedzieć na wiele sposobów. I tutaj powrót do nauki, jaką otrzymałem od mamy a później z teatru radiowego. To wszystko pomogło mi nadawać tekstom mój styl interpretacji.

Zacząłem uczęszczać na zajęcia teatralne do Gminnego Ośrodka Kultury, i tak zostałem tam do dnia dzisiejszego. Właśnie w GOK-u mogę realizować, wspólnie z młodzieżą, moje pasje. Teatr, kabaret, astronomia, bardzo szeroko pojęte kolekcjonerstwo. Nie tylko meteoryty, które przybyły do nas z kosmosu, są interesujące. Popatrzmy dookoła siebie. Na naszych oczach giną bezcenne przedmioty używane przez naszych ojców, dziadków. Nie pozbywajmy się ich tylko dlatego, że przestały być użyteczne! Ocalmy je dla przyszłych pokoleń. Temu służy idea utworzenia przez GOK Klubu Kolekcjonera.

Bardzo wiele zawdzięczam moim najbliższym – żonie i synom, którzy znoszą dzielnie moje coraz to nowsze fanaberie... Jednak myślę, że widzą w tych działaniach sens. Też mają swoje pasje, zainteresowania – to mnie bardzo cieszy. Warto mieć hobby, życiowe cele. Poszukiwać i znajdować odpowiedzi na pytania. Wspólnie podjęliśmy się utworzenia w Mikuszewskim gospodarstwa agroturystycznego z różnorodnymi formami jego odmienności. Obecnie jest to kolekcja meteorytów, minerałów, skamielin oraz starych przedmiotów. Bardzo chętnie podzielimy się wiedzą na ich temat z grupami odwiedzających, szczególnie dziećmi i młodzieżą szkolną. Może dzięki temu złapią bakcyla poznawania? Bo przecież to dzięki odwiecznemu dążeniu człowieka do szukania odpowiedzi rodzi się postęp. Nie nastawiajmy się tylko na konsumpcję. Dajmy coś od siebie i pozostawmy to następcom.