Głos Ziemi Urzędowskiej 2010


Kazimierz Cieślicki

Odpust w Urzędowie (1918–1939 r.) – obrazek obyczajowy

Miasteczko Urzędów w okresie międzywojennym było ośrodkiem wybitnie rolniczym o bardzo dobrej glebie. Tradycyjnie już uprawiano tu cebulę i ogórki. Stąd urzędowiacy w okolicy najbliżej Urzędowa byli przezywani „cebularze”. Przemysłu nie było w ogóle.

Dopiero w 1937 r. rozpoczęły się pierwsze prace koło budowy fabryki w ramach COP-u. Czyniono to bardzo szybko (pieniądze brano gotowe z pożyczki francuskiej). Tak, że we wrześniu 1939 roku dano już pierwszą produkcję (amunicję).

Ale ten ośrodek przemysłowy powstał tuż przed wojną i nie zdążył zaznaczyć swojego piętna na wyglądzie miasteczka, jak i psychice jego mieszkańców.

Było to miasteczko, jakich wiele było wtedy w Polsce, bez przemysłu, z licznym udziałem biedoty żyjącej z byle czego, na skraju nędzy – z którego miejscowe żydostwo wyciągało ostatnie soki. Handlu nie było również. Kiedyś w przeszłości Urzędów miał prawo do 6 jarmarków w ciągu roku. Jarmarki te odbywały się we wtorki, po pierwszej niedzieli Postu, po Niedzieli Przewodniej, po Bożym Ciele, przed św. Wawrzyńcem, po św. Łukaszu, po Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Marii Panny – używając starej nomenklatury na oznaczenie daty jarmarków. Ale w ciągu wieków wojny, zarazy i przemarsze wojsk swoich i obcych spowodowały zniszczenie i upadek handlu. Jak już pisałem w pracy pod tytułem Żydzi urzędowscy – wspomnienia o sąsiedztwie i zagładzie, w okresie międzywojennym zarząd miasta próbował wskrzesić te stare jarmarki. Przy pomocy dotacji chciał zachęcić miejscowych i obcych kupców żydowskich, by wystawili swoje towary na sprzedaż. Niestety, akcja ta nie udała się. W końcu jej zaniechano. Odpust więc spełniał wówczas w pewnym sensie rolę jarmarku.

Wspomniałem tu o psychice mieszkańców Urzędowa, ich mentalności. Otóż trzeba wiedzieć, że do czasu powstania w najbliższym rejonie fabryki w ramach COP-u, społeczeństwo Urzędowa to byli ludzie od wieków zasiedziali w miasteczku, których dziad i pradziad tu mieszkał. Rodziny te były bardzo rozgałęzione, skoligacone i na dobrą sprawę można powiedzieć, że cały Urzędów był jedną wielką rodziną, której członkowie w ciągu wieków łączyli się w pary małżeńskie. Gdyby w każdej rodzinie urzędowskiej, rodzinie starej, typowej poszukać w rodowodzie – wyszło by na jaw, że każdy jest każdemu krewny. Biskup Skarszewski w latach 1820–1832 zakazał zawierać związki małżeńskie między mieszkańcami Urzędowa, bo z tych związków rodziły się dzieci kalekie. Było to społeczeństwo wysoce zachowawcze. Typowe, stare i najczęstsze nazwiska urzędowiaków, to: Gozdalski, Gajewski, Grabowski, Surdacki, Goliński, Cieślicki, Grzebulski, Jacniacki, Wiąckowski, Jagiełło, Żyszkiewicz i jeszcze kilka innych. Reszta – to już są ludzie, którzy osiedli w Urzędowie względnie niedawno.

Była to społeczność zasiedziała, skostniała. Dzieci swoje dość licznie wysyłająca na studia, ale sama nie ruszająca się z Urzędowa nigdzie. Społeczność, która chlubiła się dawną przeszłością swojego miasteczka, ale którą trudno było rozruszać do konkretnych czynów. Oto tło, na które kładzie się obrazek obyczajowy pod tytułem Odpust w Urzędowie.

Kościół w Urzędowie miał dwóch patronów: św. Mikołaja i św. Otylię. W dniu 6 grudnia na św. Mikołaja też niby był odpust. Ale to była zima. Kilka stopni mrozu. I chociaż przyjechało paru „kramarzy” – wystawców kramów z „cudeńkami”, ustawili je szeregiem przed kościołem – to nie był odpust, a jego namiastka. Było zimno, brak pątników swoich i obcych.

Prawdziwym odpustem były Zielone Świątki – odpust, który trwał 2 dni. Tu dopiero wystąpił w całej swej krasie i okazałości. Ale zaczynało się to dużo wcześniej. W owym czasie rodzice nie dawali dzieciom pieniędzy na każdą zachciankę, jak to jest teraz. Dziecko przez pół roku albo i dłużej zbierało grosiki „na odpust”. Zbierałem tak i ja. Gdy czasem mama mi dała 5 czy 10 gr. chowałem je z myślą, że jak przyjdą Zielone Świątki to sobie coś za to kupię.

Na kilka dni przed odpustem zjeżdżały do Urzędowa karuzele. Atrakcja nie lada. Wszystkie dzieci okoliczne asystowały przy ich montażu. Karuzele te ustawiano na rynku, a nawet na błoniu obok obecnego Domu Ludowego. W przeddzień odpustu zaczęli zjeżdżać do Urzędowa „kramarze”. Byli to drobni handlarze dewocjonaliami, zabawkami dziecięcymi i cukierkami z najbliższej okolicy, Polacy. Żydzi podczas odpustu żadnego udziału nie brali, nie uczestniczyli w nim. Kramarze stopniowo zajmowali miejsce na rynku. W dniu odpustu cała południowa część rynku była zajęta przez kramarzy. Tu kramy ustawione były w kilka rzędów na całą jego szerokość. Trzeba przyznać, że wyglądało to pięknie. Gdy kramarze rozłożyli w kramach te swoje „cudeńka” – dewocjonalia, zabawki, świecidełka i inne błyskotki, rynek mienił się wszystkimi kolorami tęczy. Dla dzieci był to istny raj. Godzinami wędrowaliśmy od kramu do kramu, oglądając owe cudeńka.

Północną część rynku zajmowały chłopskie wozy, którymi to mieszkańcy okolicznych wsi przyjeżdżali na odpust. Wśród nich pewne miejsce było wydzielone dla garncarzy z Bęczyna. Garncarze ci przywozili swój towar na rynek. Pierwszy dzień odpustu – Zielone Świątki – było to święto religijne i handel wyrobami garncarskimi nie był wskazany. Ale w drugi dzień odpustu urzędowscy garncarze rozkładali swoje towary na ziemi i sprzedawali je miejscowej i zamiejscowej ludności.

Potem zaczęli schodzić się do Urzędowa „dziady”. O, dziady w okresie międzywojennym – to był wielki społeczny problem! Nie wiem jak to było za czasów niewoli rosyjskiej, „za cara”. Czytałem wprawdzie w starych rocznikach gazet z czasów okupacji carskiej, że wówczas dziady też byli. Ale w czasach międzywojennych, w czasach mojego dzieciństwa, to był poważny problem. To była plaga. Drzwi w domu nie zamykały się przed nimi. Wyglądało to tak: wchodził do domu dziad (bez pukania) i na głos w progu zaczynał odmawiać pacierz. Wtedy, jeśli był w domu ktoś starszy, to on, jeśli nie to ja, mały chłopiec, sięgałem po chleb do szafy i odkroiwszy kromkę chleba dawałem ją dziadowi. Ten, głośno dziękując, wychodził z domu. Niedługo wchodził następny i dalej powtarzało się to samo.

Co to byli za ludzie? Przeważnie starcy, kalecy ale często próżniacy i wydrwigrosze. Groszowe datki na wsi raczej się nie zdarzały. Polski chłop pieniędzy nie miał. Przeważały datki w naturze: jajko, parę łyżek kaszy, mąki. Dawny typowy dziad miał osobne torebki na każdy rodzaj żywności, do których te mąki i kasze wsypywał. Ale przeważnie było tak, że dziad uzbierawszy worek chleba niósł go do Żyda, który go kupował za grosze jako żywność dla konia. A dziad z pustym workiem rozpoczynał obchód od nowa.

W owym czasie w miastach było podobno jeszcze inaczej. Tu nieroby, „bezrobotni” na żebrach dostawali po parę groszy. Gdy uzbierali dostateczną ich ilość, kupowali wódkę i pili. Gdy wódkę wypili – szli dalej żebrać. A było i tak, że taki żebrak dostał kawałek chleba z masłem. Podziękował i wyszedł z domu. Po pewnym czasie gospodyni wychodzi z domu – a na drzwiach jej mieszkania od strony zewnętrznej jest przylepiona masłem do drzwi jej kromka chleba.

Dziady zajmowały eksponowane miejsca po obu stronach ulicy, pomiędzy rynkiem a kościołem. Z reguły byli to jedni i ci sami ludzie. Byli to ludzie starzy, ułomni, kalecy. Bez rąk, nóg, oczu i tym podobne. Czasem oznak kalectwa nie było widać. Ludzie ci od wczesnego rana zajmowali „swoje” prawem zwyczaju miejsca i rozpoczynali swój dziadowski proceder. Największy ruch wśród nich był gdy ludzie szli do kościoła lub gdy zeń wracali. Na mszę o godz. 9, na sumę o godz. 11 i na nieszpory w godzinach popołudniowych. Pamiętam, wtedy każdy z dziadów donośnym głosem modlił się lub prosił o datki. Z tym, że każdy z nich miał własny repertuar modlitw. Jeden, starszy już człowiek, nawet dość dobrze utrzymany, krzyczał: „Duszo chrześcijańska, nie omijaj biednego człowieka, a Pan Bóg ci to wynagrodzi”. Starzy mężczyźni basem, kobiety falsetem – każdy krzyczał, modlił się głośno, dopominał o datki. I nie powiem, kiedy jak kiedy, ale w odpust ludzie grosze dawali chętnie.

Moja mama, wzorem ówczesnych kobiet wiejskich, chodziła w tzw. kompaniach do okolicznych miejsc odpustowych, jak Leżajsk, Radecznica. Chodziła do okolicznych wiosek kościelnych na odpusty, jak również wiele razy pieszo z kompanią do Częstochowy. Śmiać się nam w domu chciało, gdy raz po powrocie, nie pamiętam skąd, z Radecznicy czy Leżajska, opowiadała, że spotkała znajomego dziada. Stał w rzędzie żebraków i zawodził donośnym głosem. Mama gdy go ujrzała, mówi: „To wy tu, dziadku?” On nie wiedział z kim rozmawia. Dopiero mama mówi: „Ja z Urzędowa. Wy u nas nocujecie zawsze w stodole”. Dziad na to: „Aha, już wiem, poznaję”. Długo potem żartowaliśmy z mamy, jakich to ma znajomych w świecie.

Osobne zagadnienie, to owo eksponowane miejsce. Pamiętam taką scenę: na bardzo eksponowanym miejscu, to znaczy na rogu rynku i uliczki idącej do kościoła stał dziad – starszy człowiek o porwanej odzieży, długiej siwej brodzie, z parcianą torbą przewieszoną przez ramię. Podszedł do niego inny żebrak, chcąc go wyprzeć z tego miejsca. Dziad, który pierwszy zajął to miejsce, nie chciał z niego odejść. Rozpoczęła się dziadowska walka o miejsce. Początkowo na pięści, potem na kamienie. Dziad pierwszy, który zajął to miejsce otrzymał od intruza potężny cios kamieniem w głowę, aż upadł na ziemię, a z dziadowskiej torby parcianej wysypały się miedziaki, tworząc pokaźny kopczyk. Dziś jeszcze widzę tego dziada, jak podniósłszy się z ziemi stał nachylony i zbierał rozsypane miedziaki, a krew z rozbitego czoła ciurkiem lała się na owe miedziaki.

Był dziad bez lewej ręki. Jego stałe miejsce było po południowej stronie ulicy biegnącej z rynku do kościoła. Siedział na krześle, do którego oparcia miał przymocowaną harmonię. Drugą stronę harmonii z klawiszami trzymał w jedynej ręce jaką posiadał i grał, rzępolił, aż uszy bolały słuchać, przy wtórze głośnego zawodzenia. W innym miejscu stał ociemniały, ogromny chłop. Obok niego kobieta mała, ale bardzo gruba. Ociemniały zawodził basem z prośbą o wsparcie, a jego żona wtórowała mu piskliwym głosem. Wszystkie te żałosne, modlitewne i proszalne głosy stanowiły jeden zgiełk, chór zróżnicowanych głosów. Ale to jeszcze nie wszystko.

Na rynku stały jedna lub dwie karuzele. Poruszane one były siłą rąk ludzkich, konkretnie młodych chłopców. Wstęp na karuzelę kosztował 10 gr. Ale jak już pisałem, dziecko przed wojną nie miało pieniędzy na taki wydatek, albo na tyle jazd na karuzeli, ile by chciało. Na to trzeba było zarobić. Trzeba było 12 razy karuzelę poruszać, by się raz przewieźć. Mimo to chętnych nie brakowało. Gdy następowała zmiana obsady i nabór nowych chłopców, tłoczno było w drzwiach karuzeli od chętnych. Jeden z takich chłopców miał za zadanie kręcić korbą katarynki i grać z chwilą gdy karuzela rusza. Chodzili moi koledzy kręcić ową karuzelą, chodziłem i ja. Nie przynosiło to wtedy nikomu ujmy ni wstydu. Ale pamiętam w 1939 r., gdy już miałem 14 lat i poszedłem kręcić w karuzeli – w szkole w VII klasie koleżanki i koledzy już naśmiewali się ze mnie, dokuczali mi z tego powodu.

Po mszy porannej odprawianej o godz. 9 dzwoniono na sumę. Był to kulminacyjny punkt odpustu. Z okolicznych wiosek przychodziły zwartą grupą kompanie – pątnicy z krzyżem i chorągwiami. Ludzie ci w większości całą drogę przebywali boso, trzewiki niosąc przewieszone przez ramię. Dopiero przy wejściu do kościoła zakładali je na nogi. Z całego Urzędowa kto żyw szedł do kościoła.

Na straganach, kramach handel kwitnie. Przekupnie wykrzykują, zachwalając swój towar, katarynki w karuzelach nierównym, piskliwym głosem wygrywają znane melodie, dziady przed kościołem drą się, każdy na swoją nutę. Dzieci świeżo kupione trąbki, gwizdki i inne bębenki wypróbowują na miejscu. Przechodząca kompania śpiewa pieśni religijne. Do tego dochodzi wielobarwność ubiorów dziewczęcych, mieniących się wszystkimi kolorami tęczy. Cały ten tłum jest w nieustannym ruchu. Tworzy się istny chaos, kakofonia dźwięków i barw.

Przed kościołem i w jego wnętrzu stoją stateczni gospodarze o pooranych zmarszczkami czołach, pochylonych od ciężkiej pracy plecach. Stoją wyrostki i młodzież. Megafony jeszcze nie były znane, więc ludzie stojący w drzwiach kościelnych i na cmentarzu przykościelnym wyciągali szyje, chcąc usłyszeć co ksiądz mówi na kazaniu. Suma z kazaniem odprawiała się długo, okazale i z godnością. Asystowali przy jej odprawianiu księża z okolicznych parafii, którzy przyjechali do Urzędowa pomóc proboszczowi w jego obowiązkach w tak hucznym dniu.

Po zakończeniu uroczystej sumy tłum kobiet, mężczyzn i dzieci wysypuje się tłumnie z kościoła. Jest to kulminacyjny punkt odpustu. Dziady wydzierają się jak opętani, domagając się wsparcia. Tłum wychodzący z kościoła zaczyna się stopniowo rozpraszać. Ludność miejscowa udaje się do domu na obiad, zabierając przyjezdnych kuzynów i pociotków z sąsiednich parafii. Pątnicy hurmem zajmują cmentarz przykościelny, rozkładając się na trawie. Z węzełków wyjmują żywność przyniesioną ze sobą z domu i posilają się gromadnie. Potem ci ludzie idą gromadą na rynek do kramów po zakupy. W domach z niecierpliwością czekały na nich dzieci i trzeba było im kupić a to trąbkę, a to lalkę, a to jakieś inne świecidełko. Koniecznie też cukierków. Przekupnie aż ochrypli wołając na cały rynek: „Karmele jak bele”. Że to niby takie duże. Były też tzw. szczypy. Był to cukier z mąką ziemniaczaną, podbarwiony na różne kolory, w kształcie podłużnych, spiralnie skręconych beleczek. Dziatwa wówczas nie była wybredna i każdy cukierek, każde świecidełko sprawiało jej prawdziwą radość.

Po sumie i odpoczynku, spożyciu posiłku i zakupach – program spędzenia odpustu został w zasadzie wyczerpany. Co młodsi szli jeszcze na karuzelę, strzelnicę albo wziąć udział w grach hazardowych, których podczas odpustu było dużo. Ludzie zamiejscowi, pątnicy pomału zaczynają zwoływać się i szykować do odejścia. W tym samym porządku w jakim szli do Urzędowa – z krzyżem niesionym na czele, nieraz z chorągwiami – śpiewając pieśni do Matki Boskiej, przy wtórze dziecięcych trąbek, gwizdków i innych zabawek powoli, z godnością wracali do swoich domów. Wracali z przeświadczeniem, że godnie spędzili dzień.

Rynek i ulica przed kościołem zaczęły się przerzedzać i pustoszeć. Zamiejscowi pątnicy już odeszli, miejscowi mieli zajęcie koło inwentarza żywego. Na rynku pozostali tylko handlarze, chowając towar i szykując się do przenocowania na rynku w swoim kramie. Katarynki umilkły, karuzele znieruchomiały. Słychać tylko było głos trąbek i innych kogutków, w które dmuchały dzieci, wracając z odpustu do domu.

A dziady? Dziady formowali długi rząd i pomału, z godnością szli w uliczkę dawniej 3-go Maja, obecnie Janowską, do stodoły mojego ojca, który ich wszystkich nocował. Na czele pochodu szedł ogromny chłop, niewidomy. Prowadziła go kobieta, podobno żona, niska, bardzo gruba. Za nimi szło całe zgromadzenie, do 30 osób. Po rozlokowaniu się w stodole na słomie przesypiali noc (podobno tak nocowali przez długi przeciąg lat). Dziw, że nie podpalili stodoły.

Na drugi dzień odpustu dziady, opuściwszy stodołę ojca, zajmowali dawne swoje miejsca do żebraniny, to znaczy uliczkę między rynkiem a kościołem. A ojciec, gdy rano zajrzał do stodoły, zastał pełno butelek po wódce, papierków po cukierkach i masę innego śmiecia. Mimo to za rok znowu dziadów przyjmował na nocleg. Nie raz mama robiła mu wymówki z tego powodu, ale ojciec nie zważał na to. To był człowiek starej daty, ur. w 1867 roku, przed wojną już sędziwy, głęboko religijny – i uważał on, że biednym trzeba pomóc.

Tymczasem rynek przybrał już inny wygląd. Podczas gdy wczoraj było to święto religijne, dziś już był to jarmark. Wprawdzie nieprawdziwy, bo nie handlowano np. bydłem, czy zbożem, ale prócz zwykłych kramów z dewocjonaliami, świecidełkami, zabawkami dziecięcymi i cukierkami – porozkładali swój towar garncarze z Bęczyna, powroźnicy itp.

I jak już zaznaczyłem, rzecz charakterystyczna, że Żydzi podczas odpustu żadnego udziału w nim nie brali. Dlaczego tak się działo – nie umiem powiedzieć. Czy zadziałało tu prawo zwyczajowe czy ogólna niechęć do Żydów – nie wiem. Dziś wyobrażam sobie, jak Żydzi ubolewali nad tym, ile by to zarobili podczas tak hucznego święta. Podczas odpustu Żydzi, mieszkańcy miasteczka w ogóle się na rynku nie pokazywali. Nigdzie ich wtedy nie było widać.

Karuzele kręciły się dalej, i katarynki w nich i osobno na rynku zwodziły. Młodzi chłopcy, chcąc zrobić przyjemność swoim dziewczynom, kupowali losy, które papuga stojąca na katarynce wyciągała haczykowatym dziobem.

Tłum ludzi stopniowo się przerzedzał, bo całe rodziny, grupami szły ul. Wodną na cmentarz grzebalny na groby swoich bliskich, a potem do kapliczki św. Otylii usytuowanej na źródle w pobliżu lasu. Tu stoi kapliczka, zbudowana w 1890 r. Wewnątrz znajduje się studnia, z której wierni zaczerpnąwszy wody w naczynie przed kapliczką przemywają oczy i twarz wierząc, że ta uświęcona woda ich uleczy, zapobiegnie chorobom. Nie znany mi jest zasięg czasowy tego kultu wody, uprawiany tak żywo do dziś. Jednym śladem dawności tych wierzeń – na co zwrócił już uwagę p. Pękalski w swoim tekście Kapliczki i krzyże w Urzędowie – jest cała masa skorup garnków leżąca w dawnym bagnie u podnóża kapliczki. Gruba ich warstwa świadczy, że od wieków mieszkańcy okolicy przychodzili tu z garnkami, garnkami ceramicznymi (niewątpliwie produktem pochodzącym z Bęczyna od miejscowych garncarzy) po uświęconą wodę. Ceramika ma to do siebie, że lubi się tłuc i stąd mamy ślady dawności tego kultu.

W połowie XIX wieku w rejonie kapliczki św. Otylii mieszkał Żyd Icek Morgenbaum obok pieca garncarskiego. Handlował garnkami. Można przypuszczać, że Żyd ten nie pominął okazji i w okresie Świąt Wielkanocnych i Zielonych Świątek, gdy mieszkańcy Urzędowa tłumnie szli do kapliczki św. Otylii po wodę uświęconą, wystawiał swój towar na sprzedaż tuż obok kapliczki, ułatwiając wiernym kupno naczynia na wodę i zaniesienie jej do domu. Jako analogię pragnę tu podać, że gdy w latach 60. byłem u znajomych Łużyczan w Łużycach Górnych w NRD u wejścia do kościoła w Rużancie (łużyckiej Częstochowie) – tam również spotkałem podobne źródło pod kapliczką i tam też tą wodą przemywałem twarz. Przykładów takich można by podać wiele i zastanawiające jest, że wiele z tych kultów przetrwało do dziś jako miejsca uświęcone. Inne z czasem stały się słynnymi uzdrowiskami.

Tymczasem rynek coraz bardziej pustoszał. Chłopi z okolicznych wsi wozami odjeżdżali do swoich domów, kupcy zwijali swoje kramy. Katarynki wygrywały ostatnie melodie w na wpół opustoszałych karuzelach, gracze hazardowi robili ostatnie transakcje. Od strony rynku w kierunku przedmieść i jeszcze dalej szły całe gromady ludzi „z odpustu”. Dzieci, syte wrażeń, podążały za rodzicami, pogwizdując kupionym na odpuście gwizdkiem, kogutkiem, trąbką. Starsi też wracali zadowoleni po spotkaniach odpustowych z rodziną, kolegami, znajomymi.

Dziady opuszczali swoje stanowiska i ruszali dalej w świat, żebrać w innych stronach. A propos dziadów: podczas jednego odpustu dwóch młodych ludzi, jeden był bez nogi do kolana – siedząc na rodzaju małej platformy zbitej z desek, na kółkach, rękami odpychając się od ziemi – przemierzali rynek, prosząc o wsparcie. Ludzie widząc takie kalectwo dawali jałmużnę dużo i chętnie. Pod wieczór jako dziecko zaszedłem w północną część rynku, między chłopskie wozy. Zobaczyłem owych dwóch żebraków pijących wódkę. Gdy nas zobaczyli (byłem z kolegami) zaczęli rzucać w nas butelkami. W końcu zaczęli się ze sobą bić. Wszczął się tumult, zawołano policjanta. Byłem świadkiem, jak ci „nieszczęśliwi” kalecy po rozwiązaniu nóg skrępowanych sznurem stanęli na nogach. Jeden był młodym, zdrowym człowiekiem, drugiemu brak było jednej nogi do kolana. Ubrali się w piękne ubrania, kurtki skórzane (rzadkość na owe czasy), jeden wziął kule i poszli z policjantem na posterunek policji. Takie to „dziady” żebrały podczas odpustu w Urzędowie.

Do wieczora rynek opustoszał całkowicie. Zamilkły katarynki, karuzele znieruchomiały, tylko pod restauracjami słychać było gwar pijackich głosów. Ale – uwaga – byli i przed wojną pijacy, ale było ich bez porównania mniej, niż to jest teraz.

Na rynku pozostały ślady śmieci, papierków po cukierkach, resztki rozsypanego obroku dla koni. I milczące karuzele. Śmieci na drugi dzień zamiatacz rynku Mazur usunął z rynku, karuzele zostały rozebrane i na wozach pojechały do innej miejscowości, na odpust według ustalonego harmonogramu świąt.

Wśród mieszkańców Urzędowa pozostało miłe wspomnienie przyjemnie spędzonych dwóch dni w gronie rodziny bliższej i dalszej. W gronie kolegów i znajomych.

Odpust przed wojną na wsi czy w małym miasteczku spełniał określoną funkcję. W okresie gdy nie było radia, telewizji, dla młodzieży dyskotek – ludzie chcieli się spotkać wspólnie. Starsi – pogwarzyć, ponarzekać, młodzi – pooglądać „cudeńka” w kramach, pojeździć na karuzeli, popróbować szczęścia w grach hazardowych. A i Bogu się pomodlić, w restauracji czy u pociotka popić. Ludziom to było potrzebne i stąd taka frekwencja na odpustach. Dlatego były one obchodzone tak hucznie i gwarno.

A propos śmieci na rynku. Pamiętam, po jednym takim odpuście, gdy cały rynek był zasłany śmieciami, papierkami po cukierkach – przechodził miejscowy żebrak, nazwiskiem Wośko Konstanty. Mieszkał „na górkach” – na wprost mleczarni. Otóż ten żebrak idzie przez rynek i mówi: „Cholery, tyle papieru się marnuje. Nie mogliby z niego zrobić papierowych pieniędzy. Wtedy każdemu by było dobrze”.

Ja, dziecko wówczas ok. 12-letnie, słyszałem to – i głęboko się zastanawiałem nad wypowiedzią tego żebraka. Czy on mówi słusznie, czy nie. Przecież gdyby naprodukować dużo pieniędzy i każdy by je miał – to też by było niedobrze, bo samych pieniędzy nie można bezpośrednio spożywać, np. zjeść. Tylko trzeba również produkować i inne towary. Ja – dziecko nie wiedzące nawet, że istnieje nauka, która się nazywa ekonomia – wiedziałem, że ten żebrak nie ma racji.

Nic nie stoi w miejscu, czas i pewne zjawiska przemijają, pozostając jedynie w pamięci starszego pokolenia, póki i ono nie odejdzie. Dziś, gdy wszystkie te zjawiska przetrwały już tylko w formie szczątkowej – warto zanotować, jak to było kiedyś.